Mikroskopowa analiza żywej kropli krwi – analiza problemu

Ludzie cierpiący z powodu swoich chorób lub zmuszeni do patrzenia na cierpienie swoich bliskich, często szukają alternatywnych metod diagnostyki i leczenia, głównie w przypadkach, gdy zawodzi ich medycyna konwencjonalna. W niektórych schorzeniach, szczególnie przewlekłych, alternatywne postępowania rzeczywiście przynoszą dużo bardziej zadowalające efekty niż farmakoterapie zalecane przez lekarzy.

A jak wygląda kwestia niekonwencjonalnej diagnostyki, w tym przypadku mikroskopowej analizy żywej kropli krwi?


Mikroskopowa analiza żywej kropli krwi

Jaki jest sens jej wykonania? Co z niej wynika? Czy zdiagnozuje przyczynę takich lub innych objawów? Jakie suplementy polecam? Co zrobić, gdy zalecona po analizie terapia nie działa? To najczęściej zadawane pytania, ale nie brakuje również próśb o interpretację zdjęć wykonanych przez „mikroskopowych diagnostów”, którzy sobie z tematem nie poradzili. Zdarzyło mi się również otrzymać pytanie „czy warto” od osoby zainteresowanej samym kursem. Dwa przykłady:


Na skróty

W związku z tym, że „mikroskopowa analiza żywej kropli krwi” jest dość długą nazwą, będę używała skrótu AKK – analiza kropli krwi. Osoby wykonujące tę analizę nazwę Analizatorami.


W czym problem i dlaczego AKK jest tak kontrowersyjna?

Są cztery powody.

Pierwszy powód. Wyobraźmy sobie dwie grupy naukowców.

Pierwszą grupę stanowi zdecydowana większość ludzi nauki, która uważa, że krążąca w naszych organizmach krew jest jałowa, czyli pozbawiona chorobotwórczych mikroorganizmów. Gdy chorobotwórcze mikroorganizmy dostaną się do naszej krwi z zewnątrz, może dojść do zakażenia i chorób, ale wcale nie musi, ponieważ nasz układ odpornościowy na co dzień świetnie sobie radzi z niechcianymi patogenami. Tak uważają między innymi wszyscy praktykujący lekarze medycyny konwencjonalnej i tego uczy się w szkołach i uczelniach. W przypadku podejrzenia zakażenia krwi u pacjenta, wykonuje się posiewy krwi i sprawdza, jaki rodzaj bakterii czy grzyba się namnożył. A gdy już wiadomo co urosło, zaczyna się proces leczenia.

Druga grupa naukowców, zdecydowanie mniejsza, wręcz marginalna uważa, że naszą krew, wszystkie komórki ciała (włącznie z komórkami jajowymi i plemnikami) oraz przestrzenie pomiędzy komórkami, zamieszkują takie małe twory, różnie nazywane, w zależności od ich odkrywcy. Te cząstki materii są niezniszczalne i istnieją również po śmierci organizmu. Jeden z odkrywców nazwał je protitami. Protity, dopóki są protitami, są całkiem niegroźne. Ale w pewnych sytuacjach, pod wpływem np. emocji czy toksyn, przekształcają się z zupełnie przyjaznych form w bakterie lub grzyby, powodując zakażenie organizmu od środka, mogą również powodować raka. Ten proces przemiany protita w mikroba jest odwracalny, np. gdy wewnętrzne środowisko wróci do normy, a organizm się oczyści, to mikroby z powrotem zamieniają się w protity. Czyli ta mała grupa naukowców, (ci, co odkryli ten mechanizm już nie żyją) uważa, że większość chorób – zakażeń mikroorganizmami nie pochodzi z zewnątrz, ale rozwija się z protitów zamieszkujących nasze ciała.

Te małe twory można zobaczyć pod mikroskopem, jako malutkie, ruchliwe i przemieszczające się punkciki tylko przy użyciu metody „ciemnego pola”. Protity nazywane są czasem „kurzem”, bo przypominają kurz unoszący się w powietrzu, widoczny tylko w promieniach światła padającego pod odpowiednim kątem. W internecie można znaleźć wiele filmów analizy krwi w ciemnym polu widzenia, np. tutaj. Te najmniejsze, świecące kropeczki w ruchu, to właśnie protity.

Nie muszę dodawać, że pierwsza grupa naukowców uważa tę drugą grupę za krętaczy, udowadniając, że protity są tylko strukturami tłuszczowymi lub białkowo-tłuszczowymi, podkreślając jednocześnie brak dowodów na przemiany tych cząstek w żywe organizmy: bakterie, grzyby i na odwrót. Do przeciwników tej teorii, jak już wspomniałam, należy zdecydowana większość ludzi nauki, między innymi wszyscy naukowcy i lekarze:

hematolodzy – zajmujący się chorobami krwi i układu krwiotwórczego,

mikrobiolodzy – badający życie mikroorganizmów,

analitycy medyczni – trudniący się identyfikowaniem i wykonywaniem pomiarów związków chemicznych i ich struktur wszystkich ludzkich płynów ustrojowych i tkanek,

parazytolodzy – od chorób wywołanych przez pasożyty,

lekarze chorób wewnętrznych, zakaźnych i tropikalnych.

Drugim powodem jest brak akceptacji (większości naukowców) AKK jako metody analitycznej, z powodu bardzo niskiej skuteczności i bardzo dużego marginesu błędu interpretacji próbki. Co to oznacza? To oznacza, że podczas testów, próbka krwi danego pacjenta bywa inaczej interpretowana przez różnych, przeszkolonych w tym zakresie Analizatorów. Przeprowadzano takie doświadczenia. Wnioski są takie, że niejednokrotnie rozbieżne, subiektywne diagnozy Analizatorów tych samych próbek krwi, nie dają gwarancji rozpoznania przyczyny choroby, a co z tym związane, skuteczności leczenia. Analizatorom pokazywano również próbki krwi pacjentów ze zdiagnozowanymi już chorobami, w tym z nowotworami i niestety, w większości przypadków Analizatorzy mylili się co do rzeczywistego stanu zdrowia pacjentów. AKK jako metoda analityczna jest metodą subiektywną i wydaje się niemożliwą do standaryzacji. Z tego też powodu nie jest uznawana na świecie jako metoda diagnostyczna.

Trzeci powód – wykształcenie i praktyka Analizatorów, czyli jakie trzeba mieć wykształcenie, aby taki kurs ukończyć?

Można nie mieć żadnego! Cytat z jednej ze stron firm oferujących szkolenia:

„Z uwagi na to, iż medycyna alternatywna nie jest już obwarowana żadnymi wymogami prawnymi w zakresie wykształcenia, szkolenie z dziedziny mikroskopowego badania żywej kropli krwi w jasnym i ciemnym polu widzenia skierowane jest do wszystkich, którzy z pasją chcą pomagać innym ludziom w osiąganiu optymalnego poziomu zdrowia i samopoczucia.”

Biorą wszystkich. Co z tego wynika? Że certyfikowanym/dyplomowanym technikiem laboratoryjnym, naturopatą, naturoterapeutą tudzież Analizatorem mikroskopowej analizy żywej kropli krwi może zostać każdy, bez względu na wykształcenie, nawet murarz, sędzia piłkarski czy osoba, która kształcenie zakończyła na poziomie gimnazjum.

Co więcej, AKK, którąkolwiek metodą, wykonywać może każdy, nawet bez szkolenia. Nie zachęcam jednak, bo …

… zgodnie z art.  286 § 1 kodeksu karnego – kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

Z certyfikatem czy bez.

Czwarty powód – techniki leczenia i suplementacja.  Osoby po kursie AKK można podzielić na trzy grupy:

Biznesmeni – stanowią najliczniejszą grupę Analizatorów. Niezależnie od posiadanego wykształcenia (od fryzjerów po lekarzy) sami „leczą” wszystkie zdiagnozowane przez siebie nieprawidłowości od zakwaszenia, przez grzybice po robaki, sprzedawanymi przez siebie suplementami lub urządzeniami i wcale nie ukrywają, że są certyfikowanymi/licencjonowanymi przedstawicielami/dystrybutorami danej marki suplementów czy urządzeń. Są dumni z tego, co robią.

Uzdrowiciele – głównie lekarze i dietetycy. Po przeprowadzeniu wywiadu oraz AKK i stwierdzeniu nieprawidłowości, zalecają wykonanie dodatkowych wyników badań i/lub konsultację u lekarza konkretnej specjalizacji. Po weryfikacji badań/diagnozy sugerują adekwatną terapię w postaci zmiany sposobu żywienia, diety, czasem suplementacji czy leków izopatycznych (homeopatycznych) do zakupienia w aptece. Nie sprzedają żadnych suplementów ani urządzeń!

I trzecia grupa – osoby, które po analizie treści usłyszanych na kursie i zestawieniu tych informacji z faktami, wstydzą się tego, że uczestniczyły w takim szkoleniu … .

Jeżeli ktoś ma szczęście i trafi do rozsądnego lekarza czy dietetyka, który – głównie na podstawie wywiadu – poprowadzi go za rękę i wskaże dalszą drogę postępowania, to jest szansa na powrót do zdrowia. Ale o jakim leczeniu mowa, jeżeli leczy nas fryzjer – naturopata po trzydniowym kursie, sprzedawanymi przez siebie suplementami?


Co ma do tego prof. Enderlein, którego nazwisko widnieje na certyfikatach wszystkich Analizatorów?

To właśnie prof. Günther Enderlein odkrył protity. Był zoologiem, najbardziej interesującym się muchówkami. W międzyczasie, gdy nie zajmował się muchówkami, pod mikroskopem oglądał części roślin i zwierząt. Tym sposobem odkrył protity. Przed nim i po nim byli jeszcze inni, którzy zauważyli to zjawisko, ale każdy z nich inaczej nazwał swoje odkrycie.  I tak jak już wyżej pisałam, protity w postaci protitów są niepatogenne, po prostu sobie są, ale gdy nastąpi zaburzenie równowagi w naszym organizmie lub jego zbytnie „zaśmiecenie”, z tych niegroźnych bytów mogą rozwinąć się mikroorganizmy chorobotwórcze, co skutkuje pojawieniem się choroby.

Nie bez znaczenia jest fakt, że Günther Enderlein na podstawie swoich hipotez opracował preparaty (nazywane szczepionkami, lekami izopatycznymi lub lekami homeopatycznymi), zaczął je produkować i sprzedawać jako leki na zdiagnozowane przez siebie choroby lub stany przedchorobowe swoich pacjentów. Jak to wyglądało? Przychodził pacjent na badanie krwi, prof. Enderlein oglądał jego krew pod mikroskopem w ciemnym polu widzenia, stwierdzał w jakim stadium rozwoju są protity i jeżeli występowały w innej formie niż ta niegroźna, leczył (szczepił doustnie) delikwenta stosownym na tę okoliczność preparatem własnej produkcji, wykonanym z tych właśnie grzybów i bakterii (powstałych z protitów), które od wewnątrz „zaatakowały” organizm jego pacjenta. Brzmi znajomo?

Leki te produkowane są do dnia dzisiejszego w Niemczech przez firmę Sanum-Kehlbeck. Niestety, izopatyczno-homeopatyczne produkty Enderleina nie bardzo przypadły naukowcom, a nawet samym homeopatom, ale w żaden sposób nie wpłynęło to na stopień popularności tej metody leczenia. W Polsce preparaty te również są dostępne i zarejestrowane jako produkty homeopatyczne. Na stronie producenta można przeczytać, że: wydaje się tylko z przepisu lekarza, jednak bez trudu można je zakupić w aptekach internetowych bez recepty.

Nie bez powodu przedstawiłam prof. Günthera Enderleina, gdyż to jego nazwisko widnieje na certyfikatach wszystkich osób, które ukończyły szkolenia z zakresu mikroskopowej analizy żywej kropli krwi. Dlaczego?

Dlatego, że muszą być jakieś podstawy uwierzytelniające organizację tego typu kursów. Enderlein był naukowcem, coś odkrył i opublikował swoje wnioski w postaci prac naukowych. Z literatury wynika, że wierzył w to, co robił. To, że jego koncepcje, przekonania i badania nie zostały uznane przez świat nauki i były niejednokrotnie podważane i negowane, niczego nie zmienia. Jest praca naukowa – jest podstawa. Tym bardziej, że oprócz niego, było (jest) jeszcze kilkuset (?) naukowców uważających podobnie. Na stronie Sanum można wyczytać, że ich preparaty stosowane są na całym świecie przez 30 000 lekarzy. Być może, raczej niemożliwa do sprawdzenia informacja.


Metody analiz 

Wyobraźmy sobie trzy mikroskopy.

Pierwszy mikroskop wykonuje tylko analizy w ciemnym polu widzenia. Na ciemnym tle widać jaśniejsze obiekty. Na obrazie tylko czerń, biel i odcienie szarości w ciągłym ruchu, ale jak uważają zwolennicy tej metody, tylko tym sposobem można prawidłowo zinterpretować rozwój komórek. Do niedawna metoda ta stosowana była głównie przez lekarzy – naturopatów i homeopatów, ze względu na brak ogólnej dostępności do leków izopatycznych (były tylko na receptę). Metoda ta bardziej nawiązuje do pierwowzoru, gdyż właśnie nią posługiwali się odkrywcy np. protitów, no i same protity widać tylko w ciemnym polu. Lekarze ją stosujący leczą pacjentów raczej preparatami izopatycznymi Enderleina, pozostali Analizatorzy serwują swoim podopiecznym suplementy.


Drugi mikroskop przeznaczony jest do analizy w jasnym polu widzenia, wykorzystywanej przez większość mikroskopowych Analizatorów.

Jest kolorowo, czasami wręcz jaskrawo, w zależności od jakości mikroskopu, kamery i umiejętności podświetlenia preparatu. W porównaniu do metody ciemnego pola, „jasne pole” wzbudza zdecydowanie więcej emocji, głównie ze względu na ciekawszą oprawę, co przekłada się na większe zainteresowanie osób chcących się „przebadać”.

Metoda ta wybierana jest przez większość Analizatorów, którzy do terapii osób zgłaszających się na AKK używają suplementów.


        Trzeci mikroskop ukazuje krew w kontraście fazowym.


Zwolennicy każdej z metod uważają, że ich metoda jest najlepsza. A czym kierują się Analizatorzy przy wyborze metody AKK? Wolną wolą i zasobem portfela. Czy dla osoby analizowanej ma to jakieś znaczenie? Tak, jeżeli jest zwolennikiem koncepcji pleomorfizmu Enderleina i leczenia izopatycznego, wówczas powinna wybrać metodę ciemnego pola. W innym przypadku bez znaczenia.


Kto może organizować szkolenia mikroskopowej analizy żywej kropli krwi?

Każdy kto wpadnie na taki pomysł. Musi tylko założyć „placówkę”, opisać treść kursu, znaleźć prelegentów, miejsce szkolenia, wypełnić treścią dwustronicowy wniosek o przyznanie akredytacji, podpiąć stosowne załączniki, uiścić opłatę akredytacyjną i  to wszystko złożyć w najbliższym Kuratorium Oświaty, celem uzyskania stosownej akredytacji, czyli pozwolenia. Jak się akredytację dostanie, zostanie się wpisanym na listę placówek szkoleniowych danego kuratorium oraz Ministerstwa Edukacji Narodowej. Tak to wygląda w skrócie. Link do wyszukiwarki akredytowanych placówek tutaj.

Mała uwaga!

Sprawdzenie, czy dany organizator ma uprawnienia do organizacji szkolenia czy nie i tak nie ma dla kursanta znaczenia. Ukończenie kursu „mikroskopowej analizy żywej kropli krwi” organizowanego nawet przez „najlepszą” placówkę z najbardziej profesjonalną kadrą, najbardziej doświadczoną, z największą ilością tytułów naukowych przed nazwiskami, nie daje absolwentowi żadnych kwalifikacji. Żadnych! I proszę nie mylić certyfikatów, świadectw, dyplomów czy innych poświadczeń z kwalifikacjami.

Tak na marginesie, nie wszystkie akredytowane placówki szkoleniowe oferują kursy, po których nie ma się uprawnień. Placówkami, które wskazane jest odwiedzać, z pewnością są np. szkoły nauki jazdy czy szkoły nauki języków obcych.

Warto również zerknąć na dorobek naukowy i doświadczenie prelegentów w temacie AKK. Sam tytuł naukowy – Pan Doktor czy Pan Profesor, chociaż wzbudza zaufanie, niestety nie jest żadnym miernikiem znajomości tematu – można się zdziwić. Dlaczego ludzie z tytułami zgadzają się wykładać na takich kursach? A dlaczego nie? Policzmy – średnio 15 kursantów, każdy z nich niech wpłaci po około 3 000 zł, co daje 45 000 zł do podziału na, powiedzmy, 4 prelegentów, w tym sami organizatorzy, którzy z kursantami spędzają większość czasu na zajęciach praktycznych. Uwzględnijmy nawet 10 000 zł kosztów organizacyjnych, podatków itp. Odpowiedź jest prosta.


Przebieg i zakres szkolenia Mikroskopowej Analizy Żywej Kropli Krwi

Ilość metod mikroskopii oferowanych przez organizatorów kursów nie ma znaczenia. Oprócz ciemnego i jasnego pola, kontrastu fazowego, w ofertach mogłaby się pojawić nawet mikroskopia elektronowa czy atomowa, podkreślam – nie ma to żadnego znaczenia, gdyż wg obowiązującego prawa – metoda diagnostyczna pod nazwą mikroskopowa analiza żywej kropli krwi, nie istnieje!

Ile trwa kurs? Maksymalnie cztery dni. Są też w ofercie czterodniowe kursy, po ukończeniu których, na świadectwie absolwenta, ilość zapisanych godzin szkolenia wynosi 140! Hmm, wypada po 35 godzin dziennie? Nie! 50 godzin kursu + 90 godzin tzw „pracy zadanej”. Co najmniej ciekawe … .

Wszystkie programy kursów są „autorskie” i w większości przypadków dostępne na stronach internetowych, a jeżeli nie, to wystarczy poprosić i nie ma problemu z uzyskaniem informacji, wręcz przeciwnie.

Niezależnie od szczegółów, każdy kurs zawiera trzy podstawowe elementy:

  • teoria – na zasadzie „wprowadzenia do …”, bo co można przedstawić w ciągu kilku nawet godzin z tak ogromnych obszarów wiedzy jak mikroskopia, mikrobiologia, fizjologia, hematologia, parazytologia, fizjopatologia, anatomia, fitoterapia, detoksykacja itp., jeszcze kilkadziesiąt trudnych pojęć, jak endobioza, fyzjogenia, poikilocytoza itd., teorie Enderleina, raptem po kilka slajdów;

Na koniec lub w trakcie większości kursów rozdawane są prezenty w postaci „autorskich” materiałów od prowadzących – płyt, skryptów ze zdjęciami, ewentualnie możliwość ich skserowania za drobną opłatą. Przecież trzeba mieć do czego porównywać to, co się zobaczy pod mikroskopem, żeby wiedzieć, co się znalazło – „zdiagnozowało”. Osoby po kierunkach niemedycznych czują się na tym etapie jak na przyspieszonym kursie języka chińskiego. Otwarte usta, nerwowe notatki, jak w podstawówce.

  • praktyka – praca z mikroskopem, niestety najczęściej na szkoleniu dla kilkunastu osób są tylko dwa mikroskopy, więc czas indywidualnego praktykowania bywa mocno ograniczony;

Na tym etapie dobieramy się w pary i gdy przychodzi kolej, siadamy przed mikroskopem i wykorzystujemy to, czego zdążyliśmy się do tej pory nauczyć. Zajęcia praktyczne prowadzone są głównie przez „doświadczonych” Analizatorów, czuwających nad przebiegiem analizy. Zazwyczaj są nimi organizatorzy kursu. Jak znajdziemy „robaka” lub jakąś inną ciekawostkę, dzielimy się tą radosną informacją ze wszystkimi słuchaczami, czyli udostępniamy mikroskop tym, którzy zadadzą pytanie „mogę zobaczyć?” Gdy na szkoleniu jest 18 osób, czasu na praktyki mamy 10 godzin, a mikroskopy 2, to średnio wychodzi nieco ponad godzina praktycznego szkolenia na osobę. Co w tym czasie robią pozostałe osoby? Kręcą się wokół analizujących par, czytają otrzymane wcześniej skrypty, przeprowadzają zakulisowe rozmowy, jedzą, piją lub się nudzą.

  • porady praktyczne – z których można się dowiedzieć jakie wymagania musi spełniać gabinet, jak postępować, aby nie podpaść prawu, jak się nie zarazić, dlaczego AKK nie nazywać badaniem, czy w gabinecie musi być umywalka czy nie i dlaczego, w jaki sposób utylizować odpady z krwią, jaką rolę odgrywa Sanepid i płytki na ścianie, polecany sprzęt i akcesoria oraz … suplementy, czyli co na wzmocnienie, co na oczyszczenie, a co na profilaktyczne odrobaczenie.

Czy warto iść na kurs AKK?

Z tym pytaniem kojarzą mi się dwa powiedzenia/przysłowia: „Nie wierz wszystkiemu, co ludzie mówią” i  „Ludzi słuchaj, ale swój rozum miej”, więc jeżeli się zdecydujesz, wysłuchaj, a potem weryfikuj. Po co? Żeby nie krzywdzić ludzi. Gdzie? Wszędzie, gdzie tylko się da – w czytelniach branżowych, uczelnianych, czasopismach medycznych, atlasach hematologicznych … . Dostęp, niestety, często jest płatny, szczególnie w przypadku najnowszych publikacji. Trzeba mieć również na względzie, że podstawę do rzetelnych analiz stanowią głownie materiały w języku angielskim, ilość polskojęzycznych jest raczej skromna.


Ile się wie po kursie?

Niewiele. Ilość informacji, właściwie tylko ich zajawek przedstawianych w przysłowiowej pigułce jest ogromna, a usystematyzowanie ich wszystkich i połączenie z własną praktyką wymaga czasu. Ci, co uważają inaczej, są dyletantami i ignorantami, bo ile wiedzy można przyswoić nawet po kilkunastu godzinach wykładów z tak rozległych zagadnień jak mikrobiologia, histopatologia, ziołolecznictwo, medycyna konwencjonalna i niekonwencjonalna, dietetyka, parazytologia, anatomia człowieka i inne w zależności od kursu, nie wspominając już o praktyce. To tak, jakby przejść trzydniowe, niech będzie nawet tygodniowe szkolenie z np. pediatrii lub onkologii i musieć leczyć … . Wie się tyle, że trzeba się jeszcze wiele nauczyć.

W dużej mierze zależy to również od tego, z jaką wiedzą pretendent przyszedł na kurs, czy jest lekarzem czy fryzjerem. Fryzjer będzie miał bardziej pod górkę. Ale też nie ma problemu, egzaminy zdają wszyscy bez wyjątku.

I gdy taki świeżo upieczony fryzjer-diagnosta wróci do domu, kupi mikroskop, „przebada” wszystkich członków rodziny, znajomych, znajomych znajomych i kota oraz porówna to, co widział pod mikroskopem z tym, co na obrazkach które dostał na kursie, to już praktykę ma i jest gotów do pracy z pacjentem w swoim gabinecie! W międzyczasie opracuje jeszcze autorskie projekty wydawanych „pacjentom” zaświadczeń z opisem ich dolegliwości i oświadczeń do podpisu oraz wybierze producenta suplementów. Tak to wygląda w większości przypadków.

Konia z rzędem temu, kto po trzydniowym szkoleniu zdiagnozuje prawidłowo cokolwiek.


Ciekawostka

Na stronach internetowych znaleźć można wiele zdjęć z przeprowadzonych analiz wraz z ich opisem, np. takie dwa jak poniżej, opisane: „Komórki grzybów Candida. … obraz pojedynczych komórek.

Jaką to trzeba mieć „odwagę”, aby nazwać powyższe struktury na zdjęciach „Candidą” wiedząc, pewnie nie wiedząc, ale mogąc się dowiedzieć, że komórka Candida osiąga wielkość maksymalnie (!) 14 µm. Erytrocyty obecne na tych fotografiach mają wielkość około 7 µm … . Gołym okiem widać, że te duże twory nie są maksymalnie dwa razy większe od erytrocytów, ale kilkanaście! Może to jakieś Candida – mutanty? Nie, to wierutna bzdura, służąca straszeniu i sprzedaży suplementów. Ale żeby wiedzieć jak wygląda prawdziwa Candida i ludziom głupot nie wciskać, trzeba trochę poczytać, pooglądać kilka innych zdjęć niż te, które się dostało na szkoleniu. I wcale nie trzeba kupować drogich książek, online dostępnych jest bardzo wiele atlasów z uczelni całego świata. Niestety, większość w języku angielskim. No i trzeba chcieć. Chociażby tu , czy tu.

Dla informacji, analizy kropli krwi w tej placówce wykonujetechnik analityki medycznej, posiadający wykształcenie medyczne, przez wiele lat zatrudniony w placówkach służby zdrowia. Ech … .


Koszt kursu i czy to się opłaca?

Ceny są raczej stałe. Za trzydniowy kurs kilka lat temu trzeba było zapłacić 3500 zł. Teraz jest podobnie, od 900 zł za kurs jednodniowy do 3-4 tysięcy za 3-4 dni.

Finansowo się opłaca. I w tym tkwi problem. Każda osoba której wykona się analizę, w gabinecie zostawi od 50 do 200 zł (za samą analizę) – w zależności od rangi Analizatora. Więc nawet biorąc pod uwagę koszt zakupu niezbędnego sprzętu – mikroskop, kamera, czasem rzutnik, szkiełka, nakłuwacze, środki do dezynfekcji, lodówka (?), laptopy chyba każdy ma – nawet 10 000 zł to i tak się szybko zwróci. Poza tym, większość Analizatorów nie zarabia tylko na wykonywaniu analizy, ale ich głównym źródłem dochodu w tej branży jest sprzedaż suplementów i/lub urządzeń na schorzenia, choroby i wszelkie nieprawidłowości jakie znajdą we krwi, z robakami włącznie. Tym Analizatorom bardzo się opłaca.


Certyfikaty, zaświadczenia, świadectwa, dyplomy …

Certyfikaty dla Analizatora są ważne, dla niektórych najważniejsze. Nie ze względu na fakt, że dają jakiekolwiek uprawnienia, bo nie dają żadnych, ale ze względu na to, że są. Analizator za kurs zapłacił niemało, więc jakieś świadectwo się należy – można się w internecie pochwalić i na ścianie powiesić. Na niektórych kursach można ich dostać nawet pięć!

  1. Certyfikat kwalifikacji z nr 323090 – praktykujący niekonwencjonalnie lub komplementarne metody terapii.
  2. Zaświadczenie na wzorze Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej (MPiPS) z nr klasyfikacji 3230 – średni personel d/s zdrowia.
  3. Dyplom ukończenia szkolenia z I pomocy w nagłych wypadkach – wymóg obowiązkowy od 01.01.2016r. dla osób mających kontakt z pacjentem.
  4. Dyplom z udziału w szkoleniu z Naturoterapii lub Fitoterapii.
  5. Certyfikat Ukończenia kursu badania żywej kropli krwi w jasnym, ciemnym polu widzenia oraz kontraście fazowym o nr klasyfikacji 3230 z nr zawodu 321201 – technik analityki medycznej.

Pięć certyfikatów, kilka nowych profesji w cztery dni, za trzy tysiące złotych! Wow … .

Jakie uprawnienia dają te wszystkie świadectwa? Żadnych. Można sobie wpisać w CV, w rubrykę „kursy i szkolenia”. W Klasyfikacji Zawodów i Specjalności osoba wykonująca AKK musiała zostać wrzucona do worka pod nazwą: „Pozostali praktykujący niekonwencjonalne lub komplementarne metody terapii” z kodem zawodu 323090 – co się pod tym może kryć? Tego nie wie nikt, nawet ustawodawcy … . Wciska się tam wszystkie „zawody terapeutyczne”, co do których nie ma uregulowań prawnych.

Jak nazwać nową specjalność, skoro nie ma jej w spisie, ale ma nadany numer? Może „Mikroskopowy Analizator żywej kropli krwi?” I tak nie byłaby to najgłupsza nazwa zawodu. Ale żeby nie stawiać mikroskopowych Analizatorów żywej kropli krwi w tej niezręcznej sytuacji, podano im na talerzu rozwiązanie. Otóż, organizatorzy kursów, w swoich programach szkoleniowych uwzględnili zajęcia, po których można wpisać w rubrykę bardziej praktyczną nazwę zawodu: naturoterapeuta, fitoterapeuta czy technik analityki medycznej. I tak rosną nam jak grzyby po deszczu specjaliści terapii naturalnych, czytaj ds. sprzedaży suplementów (w głównej mierze).

Chętnych do szkoleń nie brakuje, więc tylko patrzeć jak organizatorzy popuszczą wodze fantazji i przybędzie nam techników parazytologów czy techników hematologów i hop do worka z „Pozostałymi praktykującymi niekonwencjonalne lub komplementarne metody terapii” z kodem 323090.

Certyfikat, kwalifikacje, zaświadczenie z ministerstwa, fitoterapia, technik analityki medycznej, kod zawodu, średni personel ds. zdrowia i wiele innych „mądrych” terminów medycznych padających w trakcie analizy czy umieszczanych na stronach internetowych – uwierzytelnia stosowane praktyki. Osoby niezorientowane w temacie, stają się łatwym łupem dla „biznesmenów”.


Kto może autoryzować wyniki badań laboratoryjnych?

Tylko diagnosta laboratoryjny wpisany na listę diagnostów Krajowej Rady Diagnostów (do sprawdzenia tutaj), czyli osoba, która:

– albo ukończyła studia na kierunku analityka medyczna,

– albo ukończyła studia na jednym z kierunków: biologia, farmacja, chemia, biotechnologia, weterynaria lub lekarskie ORAZ odbyła kształcenie podyplomowe o którym mowa w art. 7a. Ustawy o diagnostyce laboratoryjnej, potwierdzone egzaminem, ALBO uzyskała specjalizację I lub II stopnia LUB tytuł specjalisty w dziedzinie analityki klinicznej, diagnostyki laboratoryjnej, mikrobiologii lub toksykologii.

Z powyższego wynika, że nawet prof. Religa gdyby żył, nie mógłby się podpisać pod wynikiem badania laboratoryjnego, jeżeli nie byłby wpisany na listę diagnostów.

A jak się ma do tego Technik laboratoryjny (zawód możliwy do zdobycia na niektórych szkoleniach AKK)? Ma się do prawa wykonywania zawodu diagnosty laboratoryjnego jak piernik do wiatraka. Czyli co może technik? W myśl Ustawy o diagnostyce laboratoryjnej, może wykonywać czynności diagnostyki laboratoryjnej w laboratorium pod nadzorem diagnosty laboratoryjnego. Z tego co wiadomo, zwykłe gabinety, w których odbywają się AKK, nie są laboratoriami, a nawet jeżeli by tak było, to technik musiałby mieć „nadzorcę”.

Co daje tytuł technika laboratoryjnego uzyskany podczas szkolenia? Kompletnie nic. Żadnych uprawnień, a wpisanie tego nowo uzyskanego zawodu do CV i próba znalezienia pracy, podpierając się świadectwem kilkugodzinnego szkolenia, w jakimkolwiek laboratorium diagnostycznym, narazić może jedynie na śmieszność.


Ale zaraz, czy AKK w ogóle jest badaniem laboratoryjnym?

Nie jest. Po pierwsze nie jest badaniem! A już na pewno nie laboratoryjnym. Należy do tej samej grupy badań co analiza z języka, oka czy ręki.

Dlaczego nim nie jest? Dlatego że nie ma dowodów na skuteczność tej metody w diagnostyce czegokolwiek. Jest wręcz odwrotnie. Jak już wspominałam wcześniej, wykonywane były badania – obserwacje doświadczonych Analizatorów, którzy najczęściej odmiennie interpretowali stan zdrowia osoby ze zdiagnozowaną przez medycynę konwencjonalną chorobą. Badanie, aby mogło być nazwane badaniem, musi posiadać standaryzowane procedury i musi być powtarzalne. To oznacza, że wszyscy Analizatorzy powinni wystawiać jednoznaczny, z niewielkim marginesem błędu, taki sam wynik analizy tej samej analizowanej osobie – jak jest w przypadku różnych laboratoriów diagnostycznych. AKK jest tylko obserwacją, co najwyżej analizą i jak wykazały doświadczenia, nie ma możliwości jej standaryzacji, a  rzetelność jako testu jest niska.

Stanowisko Prezydium Krajowej Rady Diagnostów Laboratoryjnych w sprawie wykonywania mikroskopowej oceny tzw. „żywej kropli krwi” jest jednoznaczne (link).

A co o AKK sądzi Dyrektor Departamentu Zapobiegania oraz Zwalczania Zakażeń i Chorób Zakaźnych u Ludzi Głównego Inspektoratu Sanitarnego, Michał Ilnicki?

„Odpowiadając b. krótko na Pani pytanie: sprawa „mikroskopowej analizy żywej kropli krwi” z punktu widzenia zarówno prawa jak i  medycyny pozostaje w sferze działalności, którą zwykło się określać mianem „znachorstwa”. Działalność taka nie jest w Polsce niestety zakazana, o ile osoby je wykonujące nie posługują się (niezależnie czy w sposób nieuprawniony czy też uprawniony) tytułem lekarza, diagnosty laboratoryjnego lub pielęgniarki co mogłoby sugerować, że jest to metoda diagnostyki o udowodnionej skuteczności. Jest to działalność pod względem naukowym podobna wróżbiarstwu, niemniej bardziej szkodliwa ze względu na fakt odciągania osoby, która szuka informacji o swoim stanie zdrowia  (być może więc osoby rzeczywiście chorej) od kontaktu z lekarzem i metodami diagnostyki o rzeczywistej wartości, a także ze względu na ryzyko przeniesienia zakażenie podczas procedury uzyskiwania krwi to przedmiotowego „badania”.
Jednakże jak długo przy tego typie działalności zachowane są ogólne zasady zapobiegania zakażeniom (sterylność narzędzi) pozostaje ona poza zakresem interwencji ze strony Państwowej Inspekcji Sanitarnej.”

Natomiast prof. n. farm. dr hab. n. med. Stefan Tyski, między innymi Prezes Polskiego Towarzystwa Mikrobiologów pisze:

„… Nie słyszałem o tej metodzie w badaniach mikrobiologicznych i mam wrażenie, że jest to kolejny sposób na wyciąganie pieniędzy za szkolenia i zakup testów.”


Trochę odbiegając od tematu – prawdą jest również fakt, że po odrzuceniu przez świat nauki teorii Bechampa, Enderleina, Naessensa i im podobnych naukowców, w zasadzie zaniechano dalszych badań w kierunku pleomorfizmu cyklicznego. Kto wie, może kiedyś ktoś odkopie ich teorie, udoskonali techniki, połączy z najnowszą wiedzą i okaże się, że byli geniuszami i odkrywcami na miarę Kopernika, da Vinci lub Einsteina?

Wciąż przecież tak niewiele wiadomo o ludzkim organizmie. Naukowcy nie potrafią stworzyć sztucznej krwi, bo jest zbyt doskonała, dopiero stosunkowo niedawno odkryto, że to nie tłuszcze nasycone odpowiadają za zawały serca – tego nie ma jeszcze nawet w podręcznikach, a już zupełnie nauka nie radzi sobie z naszą świadomością – jak powstaje myśl, czy jest skutkiem, czy przyczyną naszych działań … .

Prawdziwy i znany jest również kolejny fakt, że środowiska naukowe głównego nurtu są stronnicze i niejednokrotnie nieobiektywne w ocenie badań naukowców i lekarzy, których doświadczenia wskazują na możliwość zastosowania alternatywnych metod leczenia, nawet potwierdzonych dowodami w postaci całkowitego ustąpienia choroby. Nie dają zielonego światła rozwojowi badań odbiegających od przyjętych w medycynie konwencjonalnej reguł, a odważnych lekarzy, próbujących przedstawiać swoje odkrycia, spychają na margines lekarskiej czy naukowej społeczności.

Przykładów jest ogrom, np. publikacje dotyczących działania witaminy C w ludzkim organizmie. Wszystkie one wskazują na nieznane medycynie konwencjonalnej (a może znane?) możliwości zastosowania witaminy C w skutecznym leczeniu wielu, często „nieuleczalnych” chorób. Oczywiście większość z nich jest w języku angielskim, ale polecam do przeczytania np. polską pracę przeglądową „Witamina C jako oręż w walce z rakiem” (tutaj link). Dla zachęty fragment Podsumowania:

„… . Jak wykazują statystyki, nowotwory złośliwe znajdują się na drugim miejscu (po chorobach serca) wśród przyczyn zgonów w Polsce [132]. Stosowanie konwencjonalnej terapii antynowotworowej wiąże się niestety bardzo często z uciążliwymi, poważnymi działaniami niepożądanymi. … W świetle przedstawionych danych z piśmiennictwa wydaje się, że witamina C może być tytułowym „orężem” w walce z rakiem. Wykazywana przez wysokie stężenia kwasu askorbinowego selektywna cytotoksyczność skierowana preferencyjnie w kierunku komórek nowotworowych czyni witaminę C związkiem potencjalnie użytecznym w terapii raka. Szansą na skuteczniejsze leczenie choroby nowotworowej może być także zastosowanie kwasu askorbinowego z konwencjonalną chemio- i radioterapią, jak również podawanie go łącznie z innymi substancjami aktywnymi. Niezbędne są jednak dalsze, rygorystycznie prowadzone badania, które zapewnią zdefiniowanie odpowiednich aplikacji klinicznych wykorzystania witaminy C w leczeniu raka.”
Skoro potwierdzonych zostało przez ludzi nauki tak wiele, powiedzmy „niekonwencjonalnych przypadków wyleczeń”, skoro co rusz jakiś naukowiec pisze pracę przeglądową, a tylko wspomnę, że praca przeglądowa prezentuje obecny stan wiedzy w odniesieniu do danego problemu, to dlaczego ci ludzie nie dostają pieniędzy na dalsze badania? Pytanie retoryczne. Zyskać na tym mogliby zwykli ludzie. Kto mógłby stracić?
 
Może tak samo było z prof. Enderleinem?
 
Ale nie o naukę mi chodzi w tym wpisie, wręcz przeciwnie, o jej brak, więc wracam do AKK.

Czy osoba wykonująca mikroskopową analizę żywej kropli krwi jest uprawniona do pobierania krwi?

Zgodnie z obowiązującym prawem, osobami uprawnionymi do pobierania krwi są tylko:

  1. diagnosta laboratoryjny
  2. lekarz
  3. pielęgniarka
  4. ratownik medyczny
  5. felczer – ze strony Naczelnej Izby Lekarskiej: „Felczerem jest osoba, która nie ukończyła wyższych studiów medycznych, lecz zdobyła odpowiednie kwalifikacji na poziomie średnim. W Polsce od wielu lat nie kształci się nowych felczerów, jednakże osoby, które w przeszłości wykształciły się w tym zawodzie, mogą go dalej wykonywać. W Polsce jest 253 felczerów czynnych zawodowo i 656 nie wykonujących zawodu.”

A to ciekawostka że felczerzy jeszcze pracują. Ostatni raz z felczerem spotkałam się jakieś 30 lat temu – mówiło się o nich „lekarze bez dyplomu”, co nie było prawdą, bo nie byli lekarzami, chociaż leczyli, mieli gabinety, wypisywali recepty, mieli także swój felczerski dyplom, bo kiedyś były szkoły ich kształcące. Kiedyś! Teraz nie ma. Że też organizatorzy kursów AKK nie wpadli na pomysł „produkcji” felczerów, może jeszcze wpadną.

Wracając do tematu, czyli – jeżeli krew do AKK pobiera osoba nie będąca diagnostą laboratoryjnym, lekarzem, pielęgniarką, ratownikiem medycznym czy felczerem, robi to nielegalnie!

Co więc robią Analizatorzy niebędący uprawnionymi do pobrania krwi? Dają osobie zainteresowanej do podpisania oświadczenie, że krew do analizy pobrała sobie sama lub nie dają, bazując na niewiedzy klientów.


Oświadczenia

Zawód Analizatora i jego praktyka, wijąc się lukami prawnymi, działają zgodnie z zasadą „Nullum crimen sine lege” – w wolnym przekładzie – „co nie zostało zabronione, jest dozwolone„. Stąd też, aby zabezpieczyć swoje „tyły”, Analizator uprzejmie prosi klienta o podpisanie oświadczeń i/lub różnego rodzaju uwag, najczęściej drobnym drukiem, np.:

  • oświadczam, że nakłucia w palec dokonałem sam
  • oświadczam, że nakłucia w palec dokonano na moją świadomą prośbę
  • oświadczam, że nakłucia palca dziecka dokonałem jako rodzic
  • oświadczam, że analizę kropli krwi wykonano na moją wyraźną prośbę
  • oświadczam, że nie będę wnosić żadnych roszczeń wynikających z przebiegu badania ani wyników przeprowadzonej analizy
  • oświadczam, że znany jest mi fakt, iż mikroskopowa analiza żywej kropli krwi nie jest badaniem medycznym ani badaniem laboratoryjnym i nie zwalnia mnie z wykonywania badań analitycznych zleconych przez lekarza w placówkach służby zdrowia; analiza kropli krwi jest metodą uznaniową, służącą ocenie równowagi homeostazy organizmu
  • uwaga – proces rewitalizacji nie zastępuje pomocy lekarskiej.

Proszę zwrócić uwagę, że istnieje duży dysonans pomiędzy treścią stron internetowych zachęcających do wykonania AKK z rzekomymi dobrodziejstwami z niej wynikającymi a treścią niektórych oświadczeń/uwag i trzeba mieć tego świadomość!


Czy podczas AKK można się czymś zarazić?

Można nawet u fryzjera czy kosmetyczki, więc tym bardziej podczas każdej „zabawy” krwią. Zakażenie wirusowym zapaleniem wątroby typu B, C czy HIV jest całkiem prawdopodobne. Jednak przy tym akurat zabiegu wydaje się, że osobą, która bardziej powinna się obawiać zakażenia, jest sam Analizator. A to dlatego, że cały czas ma kontakt z krwią osoby analizowanej i chociaż wprawdzie posiada rękawiczki, to operuje ostrymi szkiełkami, które z łatwością mogą uszkodzić i materiał rękawiczki i skórę. Pacjent jest bardziej bezpieczny, jeżeli do nakłucia palca użyto sterylnego, jednorazowego nakłuwacza.


Co się dzieje z krwią po analizie?

Czyli ze szkiełkami, rękawicami, wacikami, nakłuwaczami itd? Rzadko kto pyta. Zgodnie z prawem, jako odpady medyczne, powinny trafić do specjalistycznych firm zajmujących się utylizacją odpadów medycznych. Zanim tam trafią, mogą być przechowywane w przeznaczonych do tego pojemnikach, w temperaturze maksymalnie 10 stopni przez okres maksymalnie miesiąca czasu. Czyli potencjalny Analizator powinien mieć na względzie zakup lodówki i podpisanie umowy na regularny odbiór odpadów, a to kosztuje. Łatwiej mogą mieć Analizatorzy wynajmujący siedziby w przychodniach czy poradniach, właściciele poradni czasami zgadzają się na „podrzucanie”. Nie zmienia to jednak faktu, że to na właścicielu gabinetu wykonującego AKK ciąży obowiązek utylizacji i wykazania się odpowiednim dokumentem w przypadku kontroli. Ze względy na koszty, w większości przypadków odpady trafiają po prostu do śmietnika.


Co zrobić, gdy czuję się oszukany?

Zastanówmy się najpierw, kto jest zadowolony z samej AKK i związanej z tym terapii suplementami?

Głównie osoby zdrowe, które podczas wizyty u Analizatora dowiedziały się, że coś im dolega, że są zakwaszone, odwodnione, zagrzybione lub mają pasożyty. Klient skojarzy to z jakimś bólem głowy, złym samopoczuciem, może osłabieniem, czy brzydkim zapachem potu i jest zgoda na wdrożenie „suplementacyjnej” terapii. Tym bardziej, że to właśnie w tym gabinecie dostępne są te jedyne, naturalne i najbardziej skuteczne preparaty, i Pani taka miła … . Tym sposobem, zdrowy człowiek staje się jeszcze zdrowszy.

Zadowolone z efektów są również osoby zdrowe, ale mające niewielkie problemy, niezwiązane z chorobą np. zaparcia wynikające z niewłaściwego sposobu żywienia. W takich przypadkach wystarczy zalecona przez terapeutę zmiana stylu życia i wprowadzenie kilku zmian w sposobie żywienia, z suplementami czy bez. Ale nie ma zaparć, jest zadowolenie.

Gorzej mają osoby naprawdę chore. Jeżeli Analizator wmówi im, że przyczyną ich choroby jest kandydoza, robaki, zakwaszenie czy jakieś kryształy i odeśle do domu z reklamówką wątpliwych suplementów, może to opóźnić prawidłowe rozpoznanie, przedłużyć leczenie, pogarszając w międzyczasie stan zdrowia. Czasami siła perswazji białego fartucha jest tak wielka, że przez jakiś czas działa efekt placebo, ale pod wpływem różnych bodźców zewnętrznych placebo pryska jak bańka mydlana i pacjent zostaje z ręką w nocniku, lżejszy o kilkaset, czasem kilka tysięcy złotych.

O odpowiedź na pytanie co mogą zrobić osoby oszukane, poprosiłam Centrum Porad Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta oraz prawnika. Na podstawie uzyskanych informacji, opisałam możliwości osób poszkodowanych w tym zakresie. Do przeczytania tutaj.


Wnioski

Jeżeli zdecydujesz się na mikroskopową analizę żywej kropli krwi, podczas której usłyszysz, że jesteś zakwaszony, masz kandydozę, robaki lub niedobory witamin, a remedium na to miałyby być suplementy do zakupienia na miejscu – nie panikuj, ale uciekaj! Najlepiej do laboratorium, aby to potwierdzić (lub wykluczyć). W laboratorium diagnostycznym z pewnością uzyskasz informacje, które badania wykonać, żeby sprawdzić postawioną przez Analizatora diagnozę. Wszystkie nieprawidłowości „diagnozowane” metodą AKK można zweryfikować konwencjonalnymi badaniami! Po suplementy zawsze możesz wrócić, ale jeżeli jesteś osobą naprawdę chorą, przyjmowanie często nieskutecznych suplementów może w rzeczywistości opóźnić prawidłową diagnozę i spowodować pogorszenie stanu zdrowia.

Jeżeli zraziłeś się do swojego lekarza, bo nie leczy Cię skutecznie, nie mierz wszystkich jedną miarą i skonsultuj się z innym lekarzem o podobnej specjalizacji, lekarzem naturoterapeutą lub jednocześnie kilkoma różnymi lekarzami. Ale dobrze byłoby, gdyby to był jednak lekarz. Zainteresuj się szczególnie lekarzami pracującymi w dużych, specjalistycznych (zgodnych z Twoją chorobą) ośrodkach leczniczych. Poszukaj opinii o lekarzach w internecie. Nie zrażaj się, jeżeli porada miałaby się odbyć na drugim końcu Polski. Lepiej wydać pieniądze na bilet i konsultację u bardzo dobrego specjalisty, niż na wątpliwą AKK i suplementy.

Lekarze naturoterapeuci mają tę przewagę od naturoterapeutów niebędących lekarzami, że posiadają zarówno wiedzę akademicką, jak i tę niekonwencjonalną. Z jakiegoś powodu uznali, że ta bardziej naturalna jest bardziej skuteczna … .


Uwagi końcowe

Szanuję ludzi, niezależnie od profesji. Jeżeli ktokolwiek wykonujący jakikolwiek zawód poczuł się urażony po lekturze tego tekstu – nie było to moim zamiarem i przepraszam.

Słowa „fryzjer” użyłam jako synonimu zawodów kompletnie niezwiązanych z medycyną. A to z tego powodu, że na kursie AKK, którego wstydzi się koleżanka po fachu, jedną ze szkolących się osób była właśnie pani fryzjerka. Był też specjalista ds. ubezpieczeń komunikacyjnych, ale nazwa zbyt długa i mniej praktyczna podczas pisania … .

Szanuję wszystkie osoby uczciwie pracujące dla dobra ogółu. Zabrzmiało trochę jak hasło z pierwszomajowego pochodu (40+ zrozumieją), ale jakby nie patrzeć, wszyscy jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Zamiarem tego wpisu było zwrócenie uwagi na możliwość spotkania na swojej drodze oszustów – znachorów, którzy bez dostatecznej wiedzy na temat funkcjonowania ludzkiego organizmu, swoim postępowaniem mogą negatywnie wpływać na nasze życie.

Jest wiele rodzajów sztuki lekarskiej (w tym konwencjonalna i niekonwencjonalna), aż 77 specjalizacji lekarskich, zakres wiedzy tak ogromny, a wciąż niewystarczający. Jak się ma do tego leczący ludzi „specjalista” po trzydniowym kursie?


PROSZĘ O NIEPRZESYŁANIE DO OPISU ANI INTERPRETACJI

ZDJĘĆ WYKONANYCH PODCZAS

MIKROSKOPOWEJ ANALIZY ŻYWEJ KROPLI KRWI


Ciekawostka – krótka historia mikroskopowej analizy żywej kropli krwi

1590 r.Hans i  Zacharias Janssen konstruują pierwszy mikroskop.

1668 r.Jan Swammerdam odkrywa czerwone krwinki.

1674 r.Antonie van Leeuwenhoek dokładnie określa wielkość erytrocytów.

Któremu z dwóch powyższych przypisać pierwszą na świecie mikroskopową analizę żywej kropli krwi?

1881 r.Antoine Bechamp publikuje odkrycie we krwi malutkich cząstek, nazywając je mikrozymami. Był pierwszym naukowcem który twierdził, że te małe twory mogą przekształcać się w bakterie.

Jego uczniem był Günther Enderlein, który odkrył we krwi podobne cząstki i nazwał je protitami. Oprócz Bechampa i Enderleina, odkrywcami podobnych endobiontów byli również: Wilhelm Reichbiony i Gaston Naessens –  somatydy.


Literatura:

„Atlas hematologii klinicznej”, J. H. Carr, B. F. Rodak , Elsevier, 2009

„Does dark field microscopy according to Enderlein allow for cancer diagnosis? A prospective study”, S. El-Safadi, H. Tinneberg, R. von Georgi, K. Münstedt, K.Brück, PubMed.gov

„Reliability of Enderlein’s darkfield analysis of live blood”, M. Teut, R. Lüdtke, A. Warning, PubMed.gov

https://www.asa.org.uk/advice-online/health-live-blood-analysis.html#.VPbcRo6k2So

http://dziennikustaw.gov.pl/du/2016/1137/1

http://ec.europa.eu/growth/tools-databases/regprof/index.cfm?action=regprof&id_regprof=7000

https://evolve.elsevier.com/Carr/hematology

http://isap.sejm.gov.pl/DetailsServlet?id=WDU20130000026

http://isap.sejm.gov.pl/DetailsServlet?id=WDU20140001145

http://isap.sejm.gov.pl/DetailsServlet?id=WDU20160001618

https://journals.viamedica.pl/oncology_in_clinical_practice/article/view/9154/7781

http://kidl.org.pl/uploads/og%C5%82oszenia%20pliki/Ustawa_o_diagnostyce_laboratoryjnej_-_tekst_jednolity.pdf

http://kidl.org.pl/uploads/opinie%20i%20stanowiska/stanowiska%20Prezydium%20KRDL/9-P.III.2012%20%C5%BCywa%20kropla%20krwi.pdf

http://www.nil.org.pl/rejestry/centralny-rejestr-felczerow

A w głównej mierze:

– doświadczenia własne,

– doświadczenia znajomych czynnych lub nieczynnych Analizatorów,

– doświadczenia osób analizowanych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *